"Zdanie należy rozpocząć od razu od właściwej tezy, którą zamierza się uzasadnić, nie poprzedzając jej żadnymi nic nie znaczącymi słowami, ani też zbędnymi inwokacjami w rodzaju: "Wysoki Sądzie". To także jest błędem nagminnym, stale spotykanym u wielu obrońców, nawet legitymujących się wieloletnią praktyką. Słyszeliśmy kiedyś jednego ze starszych adwokatów, który w dziesięciominutowym przemówieniu użył wyrażenia "Wysoki Sądzie" - 78 razy. Trzeba przyjąć za zasadę, że inwokacji
"Wysoki Sądzie" (...) należy używać rzadko i jedynie w chwili, gdy się pragnie zwrócić uwagę kompletu sądzącego na myśl, tezę czy twierdzenie, do których mówca przywiązuje szczególną wagę. Częste, a więc i monotonne powtarzanie tej inwokacji przestaje pełnić jakąkolwiek funkcję, jest"zapchajdziurą"; zamiast wyrażać szacunek dla wyrokującego sądu na milę zalatuje jałowym pochlebstwem".
Fragment pochodzi z kultowej książki Romana Łyczywka i Olgierda Missuny "Sztuka wymowy sądowej". Książka została wydana dwukrotnie - w roku 1977 i 1982 (wydanie 2. ukazało się po śmierci mec. Missuny i zostało uzupełnione przez mec. Łyczywka). Aż prosi się o reedycję!
Zacytowane wyżej sława napisano ok. 35 lat temu. Fraza "Wysoki Sądzie" nadal pojawia się niezwykle często w wypowiedziach profesjonalnych pełnomocników. Niekiedy mam wrażenie, że gdyby wyciąć z nich inwokacje, "jak dotychczas" i zastrzeżenia w trybie 162, wówczas na sali zapanowałaby ... cisza.
PS Książkę można jeszcze gdzie niegdzie wyszukać (coraz trudniej). Zainteresowym podaję spis treści (wydanie 2):
1. Człowiek i słowo
2. Czy przeżywamy zmierzch mowy?
3. Wybrane kwestie historii wymowy sądowej
4. Rola i znaczenie ustnych wywodów przed sądem
5. Metodyka przygotowania przemówienia sądowego
6. Różne rodzaje przemówień sądowych
7. Struktura przemówienia sądowego
8. Taktyka przemówienia sądowego
9. Forma przemówienia sądowego
10. Pojęcie i granice słowa w przemówieniu sądowym
11. Technika wygłaszania przemówień
12. Szkolenie i samokształcenie w technice przemawiania
13. Prawo autorskie mówcy przemówienia sądowego
14. Przykład przemówień sądowych
15. Sztuka słuchania
Słowniczek zwrotów łacińskich
Bibliografia
wtorek, 9 sierpnia 2011
czwartek, 4 sierpnia 2011
Bez limitu okrążeń
Czy postępowanie administracyjne może trwać w nieskończoność?
Otóż ... może.
Reformacja i kasacja
Postępowanie administracyjne jest dwuinstancyjne. Od rozstrzygnięcia w pierwszej instancji można się odwołać. Organ wyższego stopnia zbada sprawę raz jeszcze. Jeżeli dopatrzy się uchybień, to zaskarżoną decyzję uchyli.
Teoretycznie na tym etapie powinno nastąpić "załatwienie sprawy", bo roztrzygnięcie skutkujące jej przekazaniem organowi I instancji do ponownego rozpatrzenia stanowi "wyjątek od zasady". W praktyce ów "wyjątek" wyjątkiem jednak nie jest. Dla przykładu: w roku 2010 SKO w Poznaniu uchyliło łącznie 2266 decyzji, z czego do ponownego rozpatrzenia przekazano aż 1799 decyzji czyli niemal 80% (źródło tutaj).
Dwuinstancyjność do kwadratu
Przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania może nastąpić tylko wtedy, gdy organ naruszył przepisy postępowania w zakresie wyjaśnienia okoliczności istotnych dla wyniku sprawy (co ustawodawca - optymistycznie i wbrew dostępnym danym - uznaje za rzadkość). Sądy adminstracyjne uważają, że w takim przypadku organ II instancji nie może "wyręczyć" naruszającego prawo organu I instancji i dokonać samemu niezbędnych ustaleń. Z pewnością przyspieszyłoby to czas załatwienia sprawy ale ... byłoby sprzeczne z zasadą dwuinstancyjności postępowania. A ta w hierachii zasad plasuje się wyżej niż szybkość postępowania. To że w praktyce tak rozumiania zasada może uniemożliwiać stronie uzyskanie decyzji jest traktowane jako nieco uciążliwy ale konieczny skutek uboczny zapewniania standardów praworządności. Stanowisko takie pasuje do modelu teoretycznego, ale nie przystaje do realiów.
Nielimitowana liczba międzyinstancyjnych okrążeń
I dlatego postępowanie administracyjne może trwać w nieskończoność (a przynajmniej tak długo, dopóki wydanie dezyzji stanie się zbędne).
Wójt wyda dezycję,
SKO ją uchyli i przekaże sprawę wójtowi,
wójt wyda raz jeszcze identyczną decyzję (napisze w niej jeszcze, że SKO się nie zna),
SKO znów ją uchyli,
akta sprawy ponownie trafią na biurko wójta, wójt znowu wyda akt (za 3. razem będzie naprawdę zły na SKO i stronę)
i tak w kółko.
I na to nie ma "trybu", bo ustawodawca nie zakładał, że organy adminstracji mogą świadomie działać w sposób sprzeczny z Konstytucją i zasadami ogólnymi postępowania. A niestety mogą i nierzadko tak działają.
PS Obawiam się, że ostatnie zmiany w przepisach dla zwiększenia odpowiedzialności urzędników za błędy nie rozwiążą problemu (tak samo jak jedno okienko nie zmieniło sytuacji przedsiębiorców). Tutaj konieczna jest istotna zmiana przepisów proceduralnych. A należałoby zacząć od ... wprowadzenia obligatoryjnych, cyklicznych szkoleń z kpa dla urzędników. Po to, aby kodeks postępowania administracyjnego przestał być "zbiorem luźnych wytycznych, które być może kiedyś warto byłoby przeczytać".
wtorek, 26 lipca 2011
Względność i relatywizm
Niedawno miałem okazję obserwować negocjacje prowadzone przez dwóch doświadczonych prawników.
W ich trakcie jeden z nich, motywując swoje stanowisko, odwołał się do argumentu uczciwości. W odpowiedzi drugi stwierdził: "uczciwość jest pojęciem względnym". Pierwszy z nich gwałtownie zaprotestował: "nie, Panie mecenasie - uczciwość jest jak najbardziej pojęciem bezwzględnym. To jest zero jedynkowe - albo jest się uczciwym, ale jest się nieuczciwym. Kropka."
Bardzo spodobała mi się ostatnia wypowiedź. Nie wdając się w filozoficzne dywagacje, uważam że trafnie oddaje ona istotę sprawy. Tak właśnie jest - zarówno na niwie zawodowej, jak i prywatnej.
Konkluzja: tocząc spór nie warto posługiwać się komunałami, które są łatwe do obalenia przez przeciwnika, a wywołują fatalne wrażenie na odbiorcach.
poniedziałek, 11 lipca 2011
Zamrożone wynagrodzenia
Część sędziów i prokuratorów wyraziła dziś sprzeciw wobec rządowych planów zamrożenia waloryzacji płac w roku 2012. Trudno się im dziwić. Przy stale rosnących kosztach życia takie zamrożenie oznacza zmniejszenie siły nabywczej wynagrodzeń, które i tak należą do najniższych w Europie (mniej zarabia się jedynie w Bułgarii, o czym można przeczytać tutaj).
Przy tej okazji chciałbym napomknąć o wysokości stawek urzędowych z tytułu zastępstwa procesowego wykonywanego przez radców prawnych i adwokatów. Ich wysokość określa rozporządzenie z roku 2002. Od niemal 10 lat utrzymują się one na niezmienionym poziomie. Nie wiem czy istnieje w Polsce inny - równie długo obowiązujący - akt prawny, ustalający "na sztywno" wynagrodzenie za pracę (upierałbym się, aby tak właśnie określać nasze "czynności przed organami wymiaru sprawiedliwości"). Dla porównania - minimalna płaca w 2002 roku wynosiła 760 zł, zaś obecnie wyraża się ona kwotą 1.386 zł. Stanowi to wzrost o niemal 100 procent (a dokładnie o 82 procent)...
Zastanawiam się co takiego - zdaniem ustawodawcy - stało się na planecie "profesjonalnych pełnomocników"? Czy zatrzymał się na niej czas? Czy nastała epoka lodowcowa?
Przy tej okazji chciałbym napomknąć o wysokości stawek urzędowych z tytułu zastępstwa procesowego wykonywanego przez radców prawnych i adwokatów. Ich wysokość określa rozporządzenie z roku 2002. Od niemal 10 lat utrzymują się one na niezmienionym poziomie. Nie wiem czy istnieje w Polsce inny - równie długo obowiązujący - akt prawny, ustalający "na sztywno" wynagrodzenie za pracę (upierałbym się, aby tak właśnie określać nasze "czynności przed organami wymiaru sprawiedliwości"). Dla porównania - minimalna płaca w 2002 roku wynosiła 760 zł, zaś obecnie wyraża się ona kwotą 1.386 zł. Stanowi to wzrost o niemal 100 procent (a dokładnie o 82 procent)...
Zastanawiam się co takiego - zdaniem ustawodawcy - stało się na planecie "profesjonalnych pełnomocników"? Czy zatrzymał się na niej czas? Czy nastała epoka lodowcowa?
wtorek, 5 lipca 2011
Biret jak toga - zły pomysł
Propozycja, aby absolwenci prawa - bez jakichkolwiek dodatkowych szkoleń - mogli występować jako pełnomocnicy w postępowaniach cywilnych przed sądami rejonowymi jest pomysłem złym. Nie dlatego, że godzi w interesy prawników "korporacyjnych", ale z tego powodu, że studia prawnicze nie przygotowują do takiej roli. A jeśli argument ten jest bez znaczenia, to dlaczego ograniczać się wyłącznie do magistrów prawa?
Nie licząc przypadków wybitnych i beznadziejnych, potrzeba od 3 do 5 lat intensywnej praktyki, aby z magistra prawa uczynić samodzielnego prawnika (być może okres ten mógłby być nieco krótszy, ale to wymagałoby radykalnej zmiany modelu kształcenia). W niektórych profesjach tak po prostu jest. Proces zdobywania doświadczenia trwa, co trafnie ujął Niels Bohr w stwierdzeniu, że "ekspert to taki człowiek, który popełnił wszystkie możliwe błędy w bardzo wąskiej dziedzinie". Z tego powodu na całym świecie istnieją zawody regulowane, których wykonywanie wymaga osiągnięcia pewnego poziomu (potwierdzonych odpowiednio) kompetencji.
W Rzeczpospolitej z 4 lipca br., (tutaj) przywołano słowa Roberta Kropiwnickiego (poseł PO), który wyjaśnił, iż proponowane zmiany mają na celu "zwiększenie dostępu do fachowych pełnomocników prawnych w najprostrzych sprawach rozstrzyganych w sądach rejonowych". Koncepcja - jako taka - jest absolutnie słuszna. W pełni popieram.
Problem tkwi jednak w tym, że (1) projekt nie zakłada dostępu do f a c h o w y c h pełnomocników (jest odwrotnie), a (2) sądy rejonowe nie rozstrzygają spraw n a j p r o s t r z y c h (załatwiają sprawy przypisane do ich właściwości rzeczowej, która nie jest skorelowana ze stopniem skomplikowania sprawy oraz jej znaczeniem dla interesów stron). Niestety, przeciętny wyborca może tego nie wiedzieć...
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Na arabskim suku
Rzeczą, która uderza polskiego turystę odwiedzającego pierwszy raz arabski suk jest wszechobecny brak etykiet z cenami. To dezorientuje. Bez znajomości lokalnych cen nie ma się punktu odniesienia przy negocjacjach. W dłuższej perspektywie jest to uciążliwe, i stąd pod koniec urlopu tęsknimy za polskimi sklepami. Chcemy aby zakupy przestały być czasochłonnym rytuałem, a stały się znów prostą czynnością.
Panie mecenasie, ile?
Osoba po raz pierwszy wybierająca się do prawnika może czuć się podobne do turysty na arabskim targu. W naszej branży - generalnie - nie posługujemy się dostępnymi publicznie "cennikami". Większość usług musi (???) być wyceniona indywidualnie. Zanim to nastąpi potencjalny klient może uzyskać jedynie ogólne informacje o wysokości stawki godzinowej, cenie konsultacji czy prostej usługi. Praktyczna wartość takiego komunikatu jest niewielka. Na jego podstawie klient nie pozna odpowiedzi na kluczowe pytanie: "ile to będzie kosztować?".
W dłuższym okresie stan taki nie może się utrzymać. Powszechny dostęp do informacji (internet) zwiększa świadomość konsumentów, zmienia przebieg procesów zakupowych i relacji pomiędzy sprzedającymi a kupującymi (na korzyść tych drugich). Nie ma przy tym jakichkolwiek racjonalnych podstaw do tego, aby pielęgnować w sobie przekonanie, że tendencja ta nie dotyczy branży prawniczej.
"Informacje" ze strony www
Większość kancelarii prawnych posiada własną stronę internetową. Niezależnie od rozmiaru działalności, profilu i rodzaju klienteli strony te (z nielicznymi wyjątkami) nie zawierają żadnych informacji o cenach świadczonych usług.
Substytutem cennika jest niekiedy podstrona o zasadach ustalania wynagrodzenia kancelarii. W zależności od inwencji autora teksty takie są mniej lub bardziej obszerne, ale wszystkie dzielą wspólną cechę - nikt ich nie czyta. Trudno się temu dziwić - piętrowe (i często teoretyczne) "wywody" o wynagrodzeniu wg stawki godzinowej, zasadach ustalania ryczałtu czy rozliczeniach w "systemie mieszanym" nie mają dla klientów żadnego znaczenia. Nie dostarczają bowiem odpowiedzi na podstawowe pytanie "ile?". Dopóki to się nie zmieni, dopóty strona internetowa kancelarii nie będzie "sprzedawać" - w formacie "bezcennym" po prostu nie ma takiej możliwości.
Panie mecenasie, ile (i dlaczego tak drogo)?
Różne gremia prawnicze narzekają, że Polacy nie mają zwyczaju korzystać z pomocy prawnej. Jako przyczyny takiego stanu rzeczy wskazuje się "niską świadomość prawną społeczeństwa" oraz obiegową opinię o wysokich cenach usług prawniczych. Czy wobec braku dostępu do informacji cenowej przekonanie o astronomicznych honorariach prawników może jednak kogokolwiek dziwić?
Panie mecenasie, ile?
Osoba po raz pierwszy wybierająca się do prawnika może czuć się podobne do turysty na arabskim targu. W naszej branży - generalnie - nie posługujemy się dostępnymi publicznie "cennikami". Większość usług musi (???) być wyceniona indywidualnie. Zanim to nastąpi potencjalny klient może uzyskać jedynie ogólne informacje o wysokości stawki godzinowej, cenie konsultacji czy prostej usługi. Praktyczna wartość takiego komunikatu jest niewielka. Na jego podstawie klient nie pozna odpowiedzi na kluczowe pytanie: "ile to będzie kosztować?".
W dłuższym okresie stan taki nie może się utrzymać. Powszechny dostęp do informacji (internet) zwiększa świadomość konsumentów, zmienia przebieg procesów zakupowych i relacji pomiędzy sprzedającymi a kupującymi (na korzyść tych drugich). Nie ma przy tym jakichkolwiek racjonalnych podstaw do tego, aby pielęgnować w sobie przekonanie, że tendencja ta nie dotyczy branży prawniczej.
"Informacje" ze strony www
Większość kancelarii prawnych posiada własną stronę internetową. Niezależnie od rozmiaru działalności, profilu i rodzaju klienteli strony te (z nielicznymi wyjątkami) nie zawierają żadnych informacji o cenach świadczonych usług.
Substytutem cennika jest niekiedy podstrona o zasadach ustalania wynagrodzenia kancelarii. W zależności od inwencji autora teksty takie są mniej lub bardziej obszerne, ale wszystkie dzielą wspólną cechę - nikt ich nie czyta. Trudno się temu dziwić - piętrowe (i często teoretyczne) "wywody" o wynagrodzeniu wg stawki godzinowej, zasadach ustalania ryczałtu czy rozliczeniach w "systemie mieszanym" nie mają dla klientów żadnego znaczenia. Nie dostarczają bowiem odpowiedzi na podstawowe pytanie "ile?". Dopóki to się nie zmieni, dopóty strona internetowa kancelarii nie będzie "sprzedawać" - w formacie "bezcennym" po prostu nie ma takiej możliwości.
Panie mecenasie, ile (i dlaczego tak drogo)?
Różne gremia prawnicze narzekają, że Polacy nie mają zwyczaju korzystać z pomocy prawnej. Jako przyczyny takiego stanu rzeczy wskazuje się "niską świadomość prawną społeczeństwa" oraz obiegową opinię o wysokich cenach usług prawniczych. Czy wobec braku dostępu do informacji cenowej przekonanie o astronomicznych honorariach prawników może jednak kogokolwiek dziwić?
wtorek, 14 czerwca 2011
Prawnicy i media społecznościowe
W 2009 roku miałem okazję wysłuchać wystąpienia Richarda Susskinda (o jego książce pisałem tutaj) na temat przyszłości usług prawniczych. W trakcie przemówienia, dla zilustrowania tezy o powszechnym wykorzystywaniu mediów społecznościowych, prelegent zapytał publiczność o to czy używają youtube'a, facebook'a czy twittera. Pan Susskind popełnił taktyczny błąd - zadał pytania, na które nie znał odpowiedzi (choć myślał inaczej). Odzew z sali był praktycznie zerowy.
Nie do końca sprawa pokoleniowa
Średnią wieku uczestników opisanego wyżej wykładu określiłbym jako 50+. Okoliczność ta jest istotna w kontekście korzystania z mediów społecznościowych, albowiem w tej grupie wiekowej nie są one szczególnie popularne. Z moich obserwacji wynika jednak, że także prawnicy z "wyższym" nr pesel generalnie nie używają (jeszcze?) mediów społecznościowych w związku ze swoją aktywnością zawodową. Nie znają, nie mają czasu, nie potrzebują.
Czy stan ten ulegnie zmianie? Pewnie tak, ale kiedy i do jakiego stopnia trudno dziś stwierdzić.
Nie tylko w Polsce
Wydaje się, że tendencja taka występuje także na bardziej rozwiniętych (technologicznie i organizacyjnie) rynkach prawniczych. Oczywiście skala wykorzystania platform społecznościowych przez prawników jest tam większa, ale nie jest tak, że udział w tych mediach jest standardem. Świadczy o tym pośrednio choćby ilość materiałów, które mają na celu dostarczenie podstawowych informacji o narzędziach społecznościowych (zauważ: w roku 2011 - nie licząc publikacji w stylu "internet dla seniorów" - nie ma już potrzeby zamieszczania instruktaży pn."co zrobić by mieć własny e-mail").
Gdzie dowiedzieć się więcej?
Social media funkcjonują dzięki internetowi i tam też znajdziesz informację o tym jak z nich korzystać. Jeżeli nie masz zbyt wiele czasu (a zapewne tak właśnie jest) polecam broszurę opracowaną przez firmę Robert Half "Business Etiquette: the new rules in a digital age". Dowiesz się z niej m.in. jak korzystać z LinkedIn, czy dodać swojego szefa do grona znajomych na facebook'u oraz dlaczego warto dobrze zatytułować e-maila.
Krótko, syntetycznie i na temat.
Nie do końca sprawa pokoleniowa
Średnią wieku uczestników opisanego wyżej wykładu określiłbym jako 50+. Okoliczność ta jest istotna w kontekście korzystania z mediów społecznościowych, albowiem w tej grupie wiekowej nie są one szczególnie popularne. Z moich obserwacji wynika jednak, że także prawnicy z "wyższym" nr pesel generalnie nie używają (jeszcze?) mediów społecznościowych w związku ze swoją aktywnością zawodową. Nie znają, nie mają czasu, nie potrzebują.
Czy stan ten ulegnie zmianie? Pewnie tak, ale kiedy i do jakiego stopnia trudno dziś stwierdzić.
Nie tylko w Polsce
Wydaje się, że tendencja taka występuje także na bardziej rozwiniętych (technologicznie i organizacyjnie) rynkach prawniczych. Oczywiście skala wykorzystania platform społecznościowych przez prawników jest tam większa, ale nie jest tak, że udział w tych mediach jest standardem. Świadczy o tym pośrednio choćby ilość materiałów, które mają na celu dostarczenie podstawowych informacji o narzędziach społecznościowych (zauważ: w roku 2011 - nie licząc publikacji w stylu "internet dla seniorów" - nie ma już potrzeby zamieszczania instruktaży pn."co zrobić by mieć własny e-mail").
Gdzie dowiedzieć się więcej?
Social media funkcjonują dzięki internetowi i tam też znajdziesz informację o tym jak z nich korzystać. Jeżeli nie masz zbyt wiele czasu (a zapewne tak właśnie jest) polecam broszurę opracowaną przez firmę Robert Half "Business Etiquette: the new rules in a digital age". Dowiesz się z niej m.in. jak korzystać z LinkedIn, czy dodać swojego szefa do grona znajomych na facebook'u oraz dlaczego warto dobrze zatytułować e-maila.
Krótko, syntetycznie i na temat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


